WORLD CULTURE

What’s going on around the world. WPVM tracks world events and developments on an hourly basis so you don’t miss anything.

Kultura unieważniania vs. kultura unicestwiania

Zamiast debatować nad tym, co należy zrobić z rosyjską kulturą, zachodni intelektualiści powinni rozmawiać o tym, jak zapobiec kolejnemu Rozstrzelanemu Odrodzeniu. Dla Ukraińców czystka dokonana przez Związek Radziecki na ich narodowej inteligencji w latach 30. jest czymś więcej niż tylko wspomnieniem.
Podczas gdy naród ukraiński od miesiąca broni swojego kraju przed mocarstwem atomowym, zachodnia społeczność ludzi kultury zastanawia się, czy należy zerwać więzi z Rosją. Można by zapytać, kto jest bardziej wyczerpany. Zachodni intelektualiści szukają dobrych Rosjan, których można by „uratować” przed złą Rosją – być może dlatego, że „uratowanie” ukraińskich artystów jest znacznie trudniejsze.
Chociaż Wikipedia mówi, że jestem „nagradzaną ukraińską powieściopisarką”, obecnie spędzam dni na wolontariacie w magazynie pomocy humanitarnej we Lwowie. Jednocześnie trudno mi nie dostrzec ironicznego wymiaru tych „akcji ratunkowych”.
Dla przykładu: po latach tańczenia dla zamordystycznej rosyjskiej elity rosyjska balerina Olga Smirnowa nagle potępiła wojnę i wyjechała z kraju, by w zamian tańczyć w Narodowym Balecie Holenderskim.

W przeciwieństwie do niej ukraiński gwiazdor baletu Artem Datsyshyn zginął po zbombardowaniu Kijowa przez Rosjan. Nie zobaczycie go na scenie. 
Zajmująca się od lat produkcją fake newsów broniących rosyjskiej agresji rosyjska propagandystka Marina Owsiannikowa nagle pojawiła się na ekranie na kilka sekund z plakatem o treści: „Nie dla wojny”, zyskując tym samym miliony zwolenników.
Ukraińska dziennikarka Ołeksandra Kuwszynowa zginęła, gdy Rosjanie ostrzelali jej pojazd na obrzeżach Kijowa, gdzie ryzykowała życie, by przekazywać światu prawdę. Nie zobaczycie Ołeksandry na ekranie.
Rosyjscy autorzy książek obfitujących w imperialistyczne sentymenty, wybielających rosyjską historię i prowadzących do dalszych masowych mordów na Ukraińcach chcieliby teraz uchodzić za przynależących do „innej Rosji” i zyskać poparcie świata.
Ale czy autorzy tacy jak Boris Akunin są rzeczywiście gotowi zrezygnować z szerzenia rosyjskocentrycznej narracji historycznej w odniesieniu do Europy Wschodniej oraz przyznać, że Krym bezsprzecznie należy do Ukrainy i rdzennych Tatarów krymskich, którzy są częścią ukraińskiego narodu?
Dla porównania Ołek Sencow, pochodzący z Krymu reżyser filmowy i były więzień polityczny, oraz powieściopisarze Artem Chekh i Artem Czapaj obecnie ryzykują życie, służąc w siłach zbrojnych Ukrainy.
Poeta Serhij Żadan zdecydował się pozostać w oblężonym Charkowie, aby wspierać swoich rodaków. Wielu innych ukraińskich pisarzy po tygodniach spędzonych z dziećmi w piwnicach i schronach przeciwlotniczych podjęło długą, niebezpieczną podróż na zachód kraju.
Większość z nich doświadczyła czegoś, czego nie sposób jeszcze opisać ani nawet dokładnie odtworzyć z pamięci; nie pozwala na to oszołomienie apokaliptycznymi obrazami pełnymi zwłok sąsiadów.
A jednak wielokrotnie dostajemy zaproszenia do udziału w rosyjsko-ukraińskich rozmowach pokojowych. Nie dość, że musimy patrzeć na masowe mordy i niszczenie ukraińskiego dziedzictwa narodowego, to jeszcze mamy wysłuchiwać dywagacji na temat tego, czy świat powinien zerwać kulturowe więzi z Rosją, czy też może nie.
Nie mam nic do dodania do tej rosyjskocentrycznej dyskusji; chcę tylko, aby dobiegła ona końca.
*
Debata wokół bojkotu rosyjskiej kultury nie powinna być teraz głównym zmartwieniem zachodnich środowisk artystycznych i intelektualnych. Przynajmniej nie tych, które mają coś wspólnego z Europą i jej wartościami dotyczącymi praw człowieka, godności i solidarności.
Bo podczas gdy świat debatuje, czy unieważnić, czy przyjąć artystów i pisarzy, którzy nagle poczuli chęć opuszczenia Rosji w obliczu jej zapaści gospodarczej, lekceważy podstawową kwestię: czy Rosji uda się po raz kolejny unicestwić ukraińską kulturę?
Przed rozpoczęciem inwazji na szeroką skalę, kiedy zagrożenie wisiało już w powietrzu, ciągle myślałam o ukraińskim Rozstrzelanym Odrodzeniu. W latach 30. XX wieku reżim Związku Radzieckiego wymordował większość ukraińskich pisarzy i intelektualistów. Ci nieliczni, którzy przeżyli, byli przerażeni i zniewoleni. Rzecz jasna nie był to pierwszy raz, kiedy ukraińska inteligencja została zlikwidowana czy zmuszona do asymilacji z kulturą imperialnej Rosji.
Czystki i wieki niewyobrażalnego ucisku sprawiają, że nieczęsto słyszy się o wielkiej ukraińskiej literaturze, teatrze czy sztuce. Patrząc na mapę Europy, widzimy tu Dantego i Szekspira oraz ogromną lukę, w której powinna znajdować się kultura ukraińska, aby dopełnić obraz kontynentu oraz zagwarantować Europie bezpieczeństwo.
Teraz istnieje realna groźba, że Rosjanie skutecznie unicestwią kolejne pokolenie ukraińskiej kultury – tym razem za pomocą pocisków rakietowych i bomb.
Dla mnie oznaczałoby to, że większość moich przyjaciół zginie. Dla przeciętnego mieszkańca Zachodu oznaczałoby to tylko tyle, że nigdy nie zobaczy ich obrazów, nie usłyszy, jak czytają swoje wiersze, ani nie przeczyta powieści, które mieli napisać.
„Rękopisy nie płoną” – mówi diabeł w Mistrzu i Małgorzacie Michaiła Bułhakowa. Diabeł zwraca się do swojego sługi, kota: „Ano, Behemocie, daj no tu tę powieść” [Bułkahow 245].
Rosyjskie rękopisy nie płoną; to może być prawda. Ale Ukraińcy mogą się tylko gorzko śmiać.
To imperialne rękopisy nie płoną, nasze – owszem.
Czy czytaliście może Waldsznepy ukraińskiego pisarza Mykoły Chwylowego? Ja też nie.
I diabeł z rosyjskiej książki nam tu nie pomoże. Rosjanie zniszczyli drugą część powieści Chwylowego, konfiskując wszystkie egzemplarze ukraińskiego czasopisma, w którym ją opublikowano.
Nigdy nie odnaleziono ani jednej kopii.
Czasopismo zostało skonfiskowane w 1933 roku – w tym samym roku, w którym Chwylowy zmarł w Charkowie. Wtedy też ukraińska żywność w całym mieście została skonfiskowana przez reżim. Miliony ludzi zginęły w trakcie Hołodomoru, który obecnie uznawany jest za ludobójstwo. „Mniejsze” przewinienie, polegające na skonfiskowaniu czasopisma i zniszczeniu kolejnego dzieła literatury ukraińskiej, pozostawało niezauważone przez lata. Większość z tych, którzy mogliby o nim słyszeć, została stracona.
*
Ukraińskie życia, obrazy, muzea, biblioteki, kościoły i rękopisy płoną. One płoną teraz.
Może więc nadszedł czas, aby zamiast debatować nad tym, czy świat powinien „wybaczyć” literaturze i sztuce imperialnej Rosji, zastanowić się, jak nie dopuścić do tego, by jedna z kultur Europy stała się kolejnym Rozstrzelanym Odrodzeniem. 
Nigdy nie byłam entuzjastką kultury unieważniania. Być może jednak kulturę unicestwiania, którą Rosjanie regularnie praktykują na wolnej Ukrainie, należy powstrzymać, zanim znów będzie za późno.

Lista prac cytowanych
Bułhakow, Michaił. Mistrz i Małgorzata. Translated by Irena Lewandowska, and Witold Dąbrowski. Muza, 2006.

O rybach i o ludziach

1. Wojna i pokój
Istnieje pogląd, że filozofia czyni rzeczy bardziej skomplikowanymi, niż są one rzeczywiście. Istnieją też inne: rzeczy same w sobie nie są nam znane, więc filozofia przedstawia je bardziej skomplikowanymi, niż się wydają zwykłemu człowiekowi.
W niektórych kwestiach jednak chcemy mieć jasność. Zacznę więc od definicji.
Mówiąc „russkij mir”, mamy na myśli pewną doktrynę ideologiczną i charakterystyczne dla niej praktyki państwa rosyjskiego, które, choć ujawniły się w latach 2014–2015, czaiły się w sferach polityki i kultury przez ostatnie dziesięciolecia. Zwykle bierzemy ten nowy „russkij mir” w cudzysłów, podkreślając w taki sposób jego odrębność od ideologicznego sensu terminu z poprzedniego okresu, kiedy dotyczył on „kulturowego i ekonomicznego wsparcia rodaków poza granicami Rosji”, a także od ogólnego sensu wyrażenia, które tak naprawdę może oznaczać cokolwiek (w tym piękną utopię kultury rosyjskiej ponad barierami, granicami i władzami).
Dzisiejszy „russkij mir” wyraża się w praktykach brutalnego i agresywnego neoimperializmu, skierowanego przede wszystkim przeciwko najbliższym sąsiadom. Zawiera on w sobie pewną ogólną, „geopolityczną” wizję świata. Obraz przyszłości człowieczeństwa, w której silni władcy świata skutecznie i bezkarnie dzielą między siebie zasoby i terytoria. Główną konceptualną emocją leżącą u podstaw „russkowo mira” jest postkolonialny resentyment, który wydobywa się na powierzchnię pod postacią pretensji: „dlaczego Rosji nie lubią?”, „dlaczego interesy Rosji nie są brane pod uwagę?” oraz „dlaczego o Rosji zapomniano?”. Dlatego wojny na peryferiach i próby destabilizacji globalnego porządku nie są ważne same w sobie, lecz tylko jako sposób umożliwiający Rosji wejście do nowego wspaniałego świata, w którym ona również będzie miała „swoje prawa”. Prawo do wojny. Do kłamstwa. Do morderstw i aresztowań dysydentów. Do cynicznej ignorancji opinii publicznej. Do nowego wspaniałego świata, w którym dzięki temu Rosja będzie się „liczyć”.

Ten postkolonialny resentyment dojrzewał już od dawna, a jego symptomy można prześledzić od drugiej połowy lat 90. ubiegłego wieku. Jednak przejście do brutalnej i agresywnej fazy odbyło się tak nagle i nieoczekiwanie, że zszokowało intelektualistów – zarówno rosyjskich, jak i europejskich. Nawet dzisiaj, prawie dekadę później [od aneksji Krymu – przyp. red.], nie potrafię przypomnieć sobie żadnej analizy niemieckiej lub francuskiej, w której zamiast opisywać przebieg wydarzeń i obarczać winą, starano by się dociec, co kryje się za koncepcją „russkowo mira”, ale dostrzec za ideologiczną koncepcją pewien rodzaj myślenia i zrozumieć, jak on działa. Zidentyfikować leżące u ich podstaw wzorce i koncepcje oraz wreszcie postawić pytanie o nową epokę, w którą wyraźnie wpakowaliśmy się z naszych wesołych postmodernizmów i o wiele mniej wesołych postkomunizmów.
Żadnego tekstu, który zawierałby krytyczną refleksję albo nawet dekonstrukcję praktyk myślenia imperialnego, a nie wyłącznie kalkulację ryzyka i konsekwencji. Bo imperium przede wszystkim wydarza się w myśleniu, w głowach i tekstach, i dopiero potem zaczyna działać w rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Imperium to nie tylko wojska, służby specjalne, administracja kolonialna, ale również wartości, emocje, kody kulturowe, obraz świata narzucany jako uniwersalny.
Co ważniejsze, we współczesnej intelektualnej przestrzeni Europy brakuje nie tylko pogłębionych tekstów. Brakuje miejsc, w których mogłaby zaistnieć taka refleksja. Oraz języka, z użyciem którego owa krytyczna refleksja mogłaby nastąpić.
Wydaje się to dziwne, ponieważ przez całe XX stulecie obserwowaliśmy w Europie nadprodukcję teorii krytycznej. Natomiast dzisiaj rozumiemy bez dodatkowych argumentów: ani hegemonia neomarksistów, ani przedstawiciele szkoły frankfurckiej, ani symulakry Jeana Baudrillarda, ani nawet cyniczne rozumowanie Petera Sloterdijka czy jarmarczny lacanizm Slavoja Žižka nie są w stanie opisać nowej rzeczywistości, jaką obnażyły wojna rosyjsko-ukraińska i rewolucja białoruska.
I teraz jesteśmy gotowi ogłosić prawdę: nie rozumiemy, co się z nami dzieje, w jaką epokę weszliśmy.
***
Tutaj pojawia się pokusa, by powiedzieć, że jedną z takich przestrzeni refleksji, z których widać przyszłość, jest dziś pogranicze wschodnioeuropejskie.
Językiem zaś, który pozwala konceptualizować nową epokę, mogą być języki białoruskiej i ukraińskiej teorii postkolonialnej, które opisują doświadczenie zetknięcia się z imperium. Przetrwania w tym starciu. Obrony swojej podmiotowości i odmienności.
Bo właśnie to zaskakuje najbardziej: mimo dwóch stuleci nieustannego funkcjonowania imperium pogranicze wschodnioeuropejskie nie tylko nie zniknęło, nie rozpuściło się w tyglu imperium i narodu sowieckiego, lecz przeciwnie – umocniło się w swojej paradygmatycznej inności.
I dziś występuje nie tyle jako lokalność, ile jako realna alternatywa konceptualna dla „russkowo miru”.
Kiedyś Milan Kundera w klasycznym tekście o tragedii Europy Środkowej przeciwstawił paradygmat „maksimum różnorodności na minimum przestrzeni”, nazwany środkowoeuropejskim, paradygmatowi „minimum różnorodności na maksimum przestrzeni”, który dotyczył wówczas ZSRR.
Moglibyśmy powiedzieć, że pogranicze wschodnioeuropejskie to nie tylko kwestia obrony Ukrainy czy poparcia białoruskiej rewolucji – to przede wszystkim kwestia obrony różnorodności. To wojna o różnorodność. Kunderowa wojna Europy Środkowo-Wschodniej.
***
W Białorusi tradycja krytycznej dekonstrukcji wschodniego sąsiada ma długą historię, zakodowaną w podstawowych mitach tożsamościowych, i można powiedzieć, że zaczyna się w tym samym czasie, co „projekt Białoruś”. Nie jest to po prostu standardowy projekt powstania narodu z istotnym komponentem społecznym (wyzwolenie wsi białoruskiej), lecz projekt o charakterze wyraźnie antykolonialnym (takie wyzwolenie nie jest możliwe bez demontażu struktur ucisku imperialnego).
Począwszy od Adama Mickiewicza, który jako pierwszy w lokalnej tradycji zaczął krytykować imperium (przede wszystkim w Dziadach, ale też w Księgach narodu polskiego oraz w utworach publicystycznych z lat 30. XIX w.), przez Jankę Kupałę, którego Tutejszych można podać jako przykład utworu badającego traumę kolonialną, Ihnata Abdzirałowicza i Włodzimierza Samojłę, którzy ukształtowali specyficzną metafizykę białoruskiej anty- i postkolonialnej podmiotowości, a skończywszy na klasycznym tekście Zianona Pazniaka O imperializmie rosyjskim i jego zagrożeniach i całym nurcie postkolonialnej analizy końca lat 90. – lokalni intelektualiści ciągle zadają istotne pytania i za każdym razem proponują nowe wersje odpowiedzi.
Czasem wydaje się nawet, że w kulturze jest już za dużo tego wszystkiego. I głównym zadaniem jest obecnie „zapomnieć o imperium”, wrócić wreszcie do normalności, pamiętać, że „wszyscy razem lecimy do gwiazd”.
Ale gdy tylko intelektualiści próbują tego dokonać, historia zatacza koło i znowu jak w Dniu Świstaka budzimy się w jednym łóżku z imperium, z udręką przypominamy sobie wczorajszy dzień i próbujemy zrozumieć, jak tym razem wszystko się skończy.
***
Pionierem w dostosowaniu zachodniej teorii postkolonialnej do pogranicza wschodnioeuropejskiego stała się diaspora ukraińska. Australijczyk Marko Pavlyshyn, Amerykanka Oksana Grabowicz oraz inni stworzyli na początku lat 90. pierwsze teksty wyraźnie pokazujące, że Frantz Fanon, Edward W. Said, a nawet Homi Bhabha – to wszystko jest również o nas. Natomiast ukształtowanie teorii lokalnej zawdzięczamy dwóm kijowskim intelektualistom: Oksanie Zabużko i Mykole Riabczukowi. To właśnie oni wyprowadzili postkolonializm z akademickiego getta, przekształcając go w logikę i strategię kultury, w politykę kulturalną. Konceptualnie Ukraina już od lat 90. była gotowa na sytuację „po imperium”.
Sytuacja rosyjskiego środowiska intelektualnego jest mniej pocieszająca. Jedynie trzy przykłady.
W 2006 roku w Moskwie ukazało się drukiem rosyjskie tłumaczenie książki Saida Orientalizm. Wydawnictwo publikujące książkę nosiło nazwę Rosyjski Pokój. We wstępie podkreślano, że Palestyńczyk Said krytykuje Zachód i w tym sensie jest jeśli nie sojusznikiem, to na pewno „towarzyszem” naszego imperium. Jedyna rzecz, o której nie wspomniano: książka Saida przyczyniła się do zaistnienia jednego z najbardziej potężnych i skutecznych dyskursów, w którym wszystkie imperia występują jako obiekt krytyki i dekonstrukcji.
W tymże 2006 roku w Petersburgu laboratorium Zitiankowskiego przy Wielkim Teatrze Dramatycznym wystawiło sztukę Translations Briana Friela. Autor rosyjskiej wersji Michaił Stronin przetłumaczył tytuł jako Potrzebne jest tłumaczenie. Ten utwór Friela od dawna analizuje się na uniwersytetach jako postkolonialny klasyk. Pokazuje, jak władza imperialna na siłę przekształca przestrzeń, przełamując nie tylko geografię i tradycję kulturową, ale też życie zamieszkujących ją ludzi. I w tym sensie nie może być bardziej nietrafnej interpretacji jego przesłania niż „potrzebne jest tłumaczenie”.
Wreszcie w 2011 roku w Cambridge ukazuje się drukiem książka Alexandra Etkinda Kolonizacja wewnętrzna: imperialne doświadczenie Rosji, której autor stawia sobie za cel dostosować aparat postkolonializmu do historii Imperium Rosyjskiego. Powiem od razu, z całą sympatią i szacunkiem do autora, a także mając na uwadze inne walory tej książki: część postkolonialna stanowi jednak totalną porażkę. Autor od razu wychodzi z kolonialnego założenia, że „to wszystko Rosja, która kolonizuje samą siebie”, marginalizując i wypierając nie tylko inną optykę pojęciową, ale też wszystkie narody i terytoria, które „miały szczęście” znaleźć się wewnątrz [imperium – przyp. red.].
Wymienione trzy przykłady są istotne dla zrozumienia rosyjskiego środowiska intelektualnego ostatnich dziesięcioleci. Moim zdaniem łączy je wspólny mianownik: demonstrują jedną logikę kultury, jeden typ myślenia.
Wszystkie trzy są przykładami niespotkania się. Nie tylko z Saidem, Frielem i postkolonializmem akademickim. Ale przede wszystkim niespotkania się ze swoimi najbliższymi sąsiadami: z Białorusią i Ukrainą.
2. Ryby i ludzie
„Nie jestem rybą, jestem ichtiologiem” – zaznaczył prelegent.
To był żart z pracy. Siedzieliśmy na zamkniętym spotkaniu na Zoomie, na seminarium, omawialiśmy raport o rewolucji białoruskiej. Był stosunkowo krótki. Pierwsze pół godziny o socjologii kultury (żeby stworzyć aparat badawczy). Potem dziesięć minut o sierpniu 2020 roku (żeby przypomnieć kontekst). Na końcu założenie: to była rewolucja widowiskowa. Nie miała żadnych społecznych czy politycznych treści poza własną fenomenalną performatywnością. Naród po prostu pokazał siebie. Wyszedł na scenę historii. Pospacerować jej uliczkami i zaułkami.
Zapomniałem języka w gębie. A potem omal nie wybuchnąłem w ataku histerii. Nie tylko dlatego, że wszystko, co powiedziano, było prawdą: dokładnie tak zrobiliśmy. Lecz była to teza, od której warto rozpocząć refleksję. Postawić pytania. Prelegent zaś kończył nią swój wywód i dalej zamierzał myśleć tylko o tym, jak i gdzie opublikować wyniki badań.
Zresztą nie można było mieć pretensji. Prelegent był ichtiologiem.
***
Tutejsi ichtiolodzy miewali cudowne dni. Zasłużyli na nie. Przez dziesięciolecia nie poświęcano im należnej uwagi. Białoruś jako obiekt badawczy istniała gdzieś na peryferiach. Ostatnia dyktatura, odnarodowiony naród. Dziwne, że w ogóle żyjecie. A potem nadszedł rok 2020 – i wszystko się ułożyło.
Teraz oni przygotowywali raporty i referaty, organizowali konferencje, publikowali zbiory artykułów. Rewolucja stała się modnym tematem. Do tego wyraźnie się skończyła, dobiegła końca, stała się martwym obiektem. Można uzupełniać monografie bez obawy, że finał podważy wnioski.
Z rybami było gorzej. Nie mieliśmy tak optymistycznego samopoczucia.
***
Na naszych oczach w drobny pył roztrzaskały się próby zrozumienia, co się z nami dzieje. Prowadziliśmy seminarium od samego początku i przeszliśmy w nim przez wszystkie etapy: zaczynając od euforii i wzniosłości pierwszych spotkań, przez chęć poznania w kulminacyjnym momencie, na trwodze i depresji czasów pogromu kończąc.
Na początku powstawały pomysły i schematy dotyczące wszystkich, wydawało się, że jeszcze trochę i zrozumiemy. Potem zaczęły się gry korporacyjne. Każdy chciał odgryźć swój kawałeczek chwały.
Feministki napisały, że to była kobieca rewolucja. I natychmiast wyjechały.
Postępowi liberałowie napisali, że to była ich rewolucja, która wszystkich wyzwoliła, więc teraz wszyscy są wolni. Konserwatyści byli bardziej podejrzliwi. Nie wątpili w bohaterstwo narodu, natomiast liderzy wyraźnie byli nie tacy, jak trzeba, i prowadzili nie tam, gdzie trzeba. Wahali się: czy chwalić naród, czy potępiać „przypadkowych przywódców”?
Byli jeszcze twórcy. Mieli swoje zdanie.
Tragikomiczność sytuacji polegała na tym, że wszyscy mieli rację.
Feministki, liberałowie z konserwatystami, a nawet poeci.
Wszystkim rewolucja dała więcej, niż było to możliwe. Ale tylko na pewien czas.
Teraz ten czas wyraźnie minął. I byliśmy tym przerażeni. Tym, że rzeczy, które wyglądały jak złoto i błyskotki na arenie rewolucji, w świetle nowej epoki okażą się blichtrem i podróbką.
***
Wszystko osiągnęło punkt kulminacyjny, a następnie płynnie, po spirali spadło w dół. W strefę komfortu, szarej zwyczajności. Wróciło na właściwe tory. Można było rozejrzeć się i dokonać podsumowania. To, co zobaczyliśmy, nie nadawało się dla osób o słabych nerwach.
Stanęliśmy w ruinach. Po asfalcie dudniły rosyjskie czołgi. Nie było jasne, czy to już długotrwała okupacja, czy jednak jest jeszcze szansa.
Rozgrywki korporacyjne ucichły. Nikt już nie pisał, że to „my”. Rzeczywiście, w więzieniach siedziało ponad tysiąc zakładników. Jedna połowa kraju szczerze nienawidziła drugiej. Zachłystujący się emocjami dziennikarze pisali o wojnie.
Jak do tego doszliśmy? Po różach i uściskach, piciu herbaty na podwórkach i słodkich snach o zwycięstwie. I jeszcze jedno. Pytanie, które baliśmy się zadać nawet szeptem: kto weźmie odpowiedzialność za to wszystko?
***
To jest bardzo dobra uwaga, ta o rybach, napisałem na czacie.
Tylko że nie jestem ichtiologiem. Jestem rybą.
Wydaje mi się więc, że najwyższa pora wypłynąć na głębinę.
***
Jeszcze wczoraj Mińsk przypominał międzywojenny Paryż: pojawiały się i znikały kawiarnie, książki i performanse spadały jak z nieba, programiści pomagali kotom i psom, klasa średnia kupowała nieruchomości i podróżowała.
Jak i dlaczego to wszystko zniknęło?
Jak i dlaczego władza, która prawie zwyciężyła, skupiała na sobie wszystkie formy sprzeciwu, nagle burzy własny projekt i wesołym krokiem idzie ku samobójstwu, zaganiając po drodze wszystkich do obozu koncentracyjnego imienia Giorgia Agambena?
„To wszystko jego wina” – mówi A. Dyrektora Gazprombanku. Trzeba być totalnym idiotą, żeby uwierzyć, że naprawdę zamierzał wygrać, nie mówiąc o rewolucji. W najlepszym wypadku, najbardziej optymistycznym, uszczknąć swoje 10 procent i zasiąść w parlamencie. Z białymi wstążkami oraz ze wsparciem Rosji.
Najstraszniejsze, gdyby mu się to udało. Wtedy mielibyśmy kraj nie z dwóch stron, jak teraz, lecz tylko z jednej. Więzienia też byłyby pełne, ale siedzieliby tam „ci wasi nacjonaliści”.
„Teorie spiskowe – mówi B. – Takie rzeczy się nie zdarzają”.
„Tak, spiskowe – zgadza się A. – Ale nie takie rzeczy się zdarzają”.
***
„Po prostu postkomunizm się skończył” – mówi C.
Dziesięciolecia katastrof i rozczarowań, które zajadaliśmy czekoladkami. Przez prawie trzydzieści lat żyliśmy podkarmiani emocjami, oczekiwaniami. Jeszcze trochę i zwyciężymy. Będzie inna władza. To wszystko kusiło. Chociaż od razu było jasne: nie ma żadnego „my”, które zwycięża. I władza nigdy nie jest „nasza”. Gdy tylko pojawiali się „nasi”, działo się z nimi coś dziwnego i natychmiast stawali się „nie naszymi”.
Zaczynało się od poczucia radości. Przyszłość jest bardzo bliska, nadeszła już dla naszych sąsiadów. Teraz trzeba tylko dobrze odrobić zadanie domowe. Być takimi samymi jak wszyscy.
Potem historycy napiszą, że klasa średnia na Zachodzie od 1972 roku spadała na dno. Że za fasadą kryły się nierówność i niesprawiedliwość. Że wszystko było zepsute. A po 2008/2009 roku na naszych oczach zaczęło się sypać. Że Europa Wschodnia zbyt wcześnie się cieszyła, kiedy na starych barkasach podpłynęła do olbrzymiego liniowca z orkiestrą na górnym pokładzie. Bo to był Titanic.
„Zło pod mikroskopem – mówi C – to najbardziej istotne”. Oto główny wynik, dla nas i całego świata. Nagle zmieniła się optyka i dla wszystkich stało się oczywiste, w całej swojej ohydności: w świecie panoszy się zło.
***
Cokolwiek tam sobie piszą ichtiolodzy, ja sam znam główną tajemnicę białoruskiej rewolucji. Ale nie powie się o niej nawet szeptem. Wypowiedziane słowa natychmiast zmieniają swój sens. A te napisane w ogóle nie są tymi właściwymi. A jednak spróbuję.
Było to Powstanie Ryb. Rewolucja Antypolityki.
Nie napaść, nie przejęcie władzy, lecz udane opuszczenie Zamku. Ucieczka w przyszłość.
Przeszłość zawsze jest projektem społecznym. Wspólną pamięcią, którą można łatwo manipulować. Z przyszłością zaś jest trudniej. Przyszłość jest nadzieją. Tęsknotą. Oraz być może wiarą.
Przyszłość odsłania się nie dlatego, że ktoś ją wymyślił lub skonstruował, lecz dlatego, że w duszy człowieka jest na to miejsce. I ono reaguje. Na dobroć. Na radość.
W tym sensie bezcelowe i bezsensowne spacery ulicami nie są aż tak głupią sprawą: odzyskać przyszłość – to był prawdziwy sens rewolucyjnej ucieczki.
Ci, którzy poszli, nie wrócą.
***
Właśnie tylko to ma sens, dla każdej rewolucji: żądać niemożliwego.
Płynąć wysoko razem z wiatrem, falami podmywać mury, próbować wolności razem z chmurami.
Nie dopasowywać się do niczego, iść osobno. Zawsze być naprzeciw, nie przeciwko.
Nie opierać się żywiołom, ale wykorzystać ich moc.
Stworzyć nowe zasady kierowania się rozumem.
Zakazać geopolityki i postprawdy.
Przepisać dziennikarzom obowiązkowy kurs medytacji za próbę targania emocjami.
I powtarzać na zajęciach w szkole podstawowej: nie jesteśmy ichtiologami. Jesteśmy rybami.
3. Zatonęła
– Panie prezydencie, co się stało z Rosją?
– Zatonęła.

What next for Brazil?

On 8 January, Brazil watched in shock as thousands of Bolsonaristas invaded, looted and destroyed the presidential palace, the Supreme Court and the Congress, aiming to induce the Armed Forces to support a military coup against the democratically elected President Luiz Inácio Lula da Silva.
Behind the acts of terrorism were Jair Bolsonaro’s former Minister of Justice Anderson Torres (later arrested), military personnel of the highest rank of the Armed Forces, Military Police officers and, without a doubt, former President Bolsonaro himself, who fled the country the day before the end of his term in fear of arrest and is currently in Florida. Lawsuits are pending against him that could lead to ineligibility and even jail.
Some top-rank military and police officials, sympathizers of Bolsonaro, were passive or even conniving with the invasion of the centre of power of the Republic. However, they eventually accepted to submit to the President’s orders – not without some resistance: the commander of the army, General Júlio César de Arruda, was dismissed from his post for refusing to obey.
Bolsonaro, who is famous for preaching violence against opponents, attacking the press, targeting women and LGBTQI+ people, and loosening gun control laws, had repeatedly said he would not leave the presidency. Even though he backed out after the defeat at the polls, leaving his supporters on the streets without a leader, he bears the bulk of responsibility for the climate of division that has taken hold of the country. 

Violence characterized the election race from the outset, with intimidation and aggression on both sides, but in clear asymmetry. All over the country, supporters of the incumbent President tried to buy votes, in one case even in front of television cameras; businessmen threatened employees with dismissal, trying to coerce them into voting for Bolsonaro; roadblocks were set up throughout the country, with demands for military intervention; aggressions took place even within families; a group of students from an elite school was planning to buy guns and kill those who supported Lula. 
Despite everything, Lula was elected for a third, non-consecutive term. After spending 580 days in jail on corruption charges and seeing his chances of running for the presidency in 2017 suspended, the charges were dismissed, and Lula came back to lead Brazil 
The difference in votes between the two contenders was just over two million, with Lula winning by a huge margin in the Northeast and Bolsonaro by a large margin in the South, bringing to light old, deep-rooted regional divisions in Brazil.
58 million Brazilians wanted the continuity of Bolsonaro’s government, responsible for hundreds of thousands of deaths during the pandemic – the ‘little flu’, as the President used to say –, for actively promoting the destruction of the Amazon rainforest, and leaving the country internationally isolated, only maintaining close contacts with outcasts like Hungary’s Viktor Orbán. 
Although the collapse of democratic institutions has been averted, Lula faces a country in great tension, in political, economic and social crisis, with a widening gap between the more educated classes and those who have become hostages of fundamentalist evangelical pastors, and with hunger once again affecting millions of people. 
Escalating tensions
Just after the results were out, Lula spoke about reconciliation and uniting a divided Brazil. Meanwhile, in at least 25 states all over the country, truck drivers and other supporters of Bolsonaro were staging demonstrations and roadblocks that could have led to shortages of basic goods, in an attempt to contest the outcome of the polls and force a coup.
Ilhéus, Bahia. Bolsonaristas calling for a military coup after the 2022 election. Photo by Ixocactus via Wikimedia Commons.
Gradually, the radical militants began to leave the roads and concentrate their protests in front of army barracks, demanding military intervention to ensure the continuity of the Bolsonaro government. On the institutional side, Bolsonaro’s Partido Liberal (PL) filed in court a request to challenge the results of 279 thousand ballot boxes used in the second election round – without presenting any evidence of fraud or malfunctioning of the electronic ballots. The lawsuit was soon dismissed, and the party was ordered to pay almost 23 million reais (over 4 million US dollars) in fines.
A few weeks later, however, a new wave of road occupations started in states where the president had wide support such as Santa Catarina, Mato Grosso and Rondônia. Protests soon turned more violent, with analysts and even the Federal Highway Police (PRF) accusing Bolsonaristas of terrorism. Until that moment, the PFR itself had been criticized for being too lenient and even supporting the illegal and often violent demonstrations.
Bolsonaristas used homemade bombs made of bottles with petrol and firecrackers, intentionally spilled oil on the roads and set up barricades with burnt tyres, bins and tree trunks to block traffic flow. They also forced truck drivers to leave their vehicles and set them on fire – two men were arrested for this crime with gallons of petrol, firearms and almost 10,000 reais (approx. 2,000 US dollars) in cash.
In Mato Grosso, an ambulance and a winch were set on fire, and a tyre repair shop was looted to build barricades. The Bolsonaristas even opened fire on the Military Police, leading to the arrest of three potential domestic terrorists. Molotov cocktails and firearms were also used against the base of the concessionaire that runs a road in Mato Grosso. As with the first protests and road occupations, the police were accused of allowing pro-coup acts to occur and become increasingly violent. 
The Police and justice are trying to identify those coordinating and financing the roadblocks and terrorist acts. Businessmen, many of them linked to the agribusiness sector, are thought to have been backing the illegal and violent actions. 
The use of violence as a tool to pressure a coup, but also the fact that the protests were coordinated and financed by businessmen (who have also donated money to Bolsonaro’s electoral campaign), may lead to framing them as acts of terrorism and sabotage. In addition to this were Nazi-like tactics such as identifying the homes of Partido dos Trabalhadores (Workers’ Party, PT)’s voters in the interior of Rio Grande do Sul with a star on their doors (the symbol of the party), or boycotting companies accused of supporting the PT in the state of São Paulo.
In Santa Catarina, Paraná and other states, business owners accused of supporting the PT received offensive calls and negative reviews on social networks. Their names, phone numbers and company addresses were put on lists shared by Bolsonaristas in WhatsApp and Telegram groups. Some even received death threats, adding to an atmosphere of fear.
In small and medium-sized towns, the danger faced by Lula’s voters or alleged supporters was even greater. Many Brazilians feared that political violence could become the norm. In the camps set by Bolsonaristas close to military barracks in many cities, there were threats and intimidation against those who dared to criticize the mobilization. They were not willing to accept defeat – or democracy, for that matter.  
‘The people’ rising
In a country already prone to violence, this dangerous escalation ultimately led democracy to the verge of collapse. What was seen before 8 January – the murder of Lula supporters, threats, intimidation, acts of sabotage, attacks on security agents – provided the background to the main plan to take power by storm. Police forces remained passive while the headquarters of power were being destroyed – including priceless works of art and historical items – and only then did they mobilize, albeit timidly. 
Even the army initially intervened to prevent police arrests, and the media linked to the former president announced in triumph that ‘the people’ were rising. Terrorists live-streaming from inside the palaces and publicized their crimes in real time, in an attempt to incite even more violence and to ‘raise the masses’. But the reaction of the majority of the population, according to polls, was one of abhorrence.
Fortunately, despite the violence, there were no deaths. The institutions reacted quickly, and it was possible to prevent the worst from happening. More than 1,300 people were arrested, many of whom are still in jail and will face trials that could result in long prison sentences. Throughout the country, the government and the institutions are searching for those who financed the attempted coup, and the government has decided to change the command of the Federal Police and the Federal Highway Police throughout the country to stem undemocratic sentiments. 
Reparations following acts of vandalism at the Congresso Nacional. Photo by Agência Senado via Flickr.
Supporters of the former President continue to announce new anti-democratic mobilizations amid the ongoing crackdown. The Supreme Court suspended profiles of social networks and sent to jail many enemies of democracy  – not without criticism on abuse of power and laws, despite the critical moment the country is facing.
For example, the governor of the Federal District, Ibanêis Rocha, was removed from office for 90 days by Supreme Court judge Alexandre de Moraes, a measure that some considered exaggerated: President Lula had already decreed federal intervention in local public security, and there is no evidence linking the governor to the attempted coup, only his security secretary.
The aftermath: a divided country
After everything Brazil has been through, it does not need a reconciliation process as some preach, but a broad de-radicalization that can only succeed if Bolsonaro and those financing or promoting violent and terrorist acts are held accountable and swiftly punished.     
The newly elected President Lula will have the goodwill of most of the world’s democracies. US President Joe Biden was quick to congratulate Lula on his victory, and the relationship between Brazil and the US is expected to gain new momentum (Bolsonaro had good relations with Donald Trump, but the same cannot be said for his successor).
It seems little, but international support is important to safeguard Brazil’s democracy and to prevent more radical sectors of the Armed Forces from acting against the Constitution. The 1964 coup that led to a 21-year-long Military Dictatorship in Brazil had not only the support but also the backing of the United States. Now, the situation is very different.  
In Lula’s first and second terms, Brazilian foreign policy sought to have an active position on the world stage: it contributed to an agreement between Iran and Turkey on Iranian nuclear weapons, forged alliances with Africa, recognized Palestine as a state, and ensured Brazil’s international prominence while maintaining excellent relations with then-US President Barack Obama. Many remember this period and are hoping that the country could regain prominence. With Bolsonaro, Brazil ended up internationally isolated, and now some of Lula’s old policies might return to centre stage, with the country renewing the debate over a permanent seat in the UN Security Council.
It remains to be seen how Lula will navigate the thorny issue of Russia’s war against Ukraine. During the election campaign, he reproduced the old leftist Latino-American litany of trying to equate the aggressor with the victim, and Brazil’s role in the BRICS must also be taken into account. Yet Lula has also preached a cautious rapprochement with the US and the EU, and in his inauguration speech he stressed the need to talk to the EU about environmental issues and the preservation of the Amazon forest. 
Lula promised to create a Ministry of Indigenous Peoples, possibly led by indigenous Congresswoman Sonia Guajajara, as a way to apologize for the treatment of indigenous people by his party. The Belo Monte dam, constructed during Dilma Rousseff’s presidency was condemned by international courts, and it still harms indigenous communities in northern Brazil.
Despite having managed to maintain a considerable presence in parliament, the radicalism of many pro-Bolsonaro activists and politicians could cause a split in their base and weaken the opposition to Lula, particularly after the attempted coup. Bolsonaro himself has been avoiding the spotlight since his defeat, showing little desire to command the base he helped create and strengthen, or preferring to do so behind the curtains. 
It is hard to know which is worse between an organized fascist base, led by an overtly incapable figure, and a disorganized and increasingly radicalized one, with no one able to limit its actions. In either case, the danger posed by the far-right is real: the possibility of the emergence of a more capable leadership could channel radicalism into a more coordinated movement, with potentially enormous damage: a second attempt to overthrow the government might succeed.
Lula was elected in large part not because he was the preferred candidate, but because he was the only possibility of defeating Bolsonaro. Moreover, he would be over 80 years old in an eventual campaign for re-election, and his party has not only been unable to produce a new internal leadership, but has acted to prevent the emergence of new prominent figures across the left, for example by investing in dirty campaigns against the Minister of the Environment  Marina Silva. 
In many aspects, Brazil will have to rebuild itself from a scenario of growing extreme poverty, social unrest, immense dissatisfaction and distrust of institutions, and a looming global recession. Above all, it will have to build a broad government front, including parties and individuals from different ideological spectrums, and present a viable programme. 
Lula will have no margin for error, not only for the sake of his government but for Brazilian democracy itself.